Historia wielkiego sukcesu!
🪜 DRABINA Wałbrzyska - na raz!
Drabina Wałbrzyska to rekreacyjny szlak górski. Nie wiem 🤷♀️ co brał twórca tej trasy, ale chyba piliśmy z tego samego źródła 🤪
Długość szlaku jest idealna dla niedzielnych piechurów - to tylko ~80 km; wysokość podejść (przewyższenia) też jest optymalna – prawie 4 km w górę (jakieś pół Mt. Everest od poziomu morza). Dodatkową motywacją może być, że szczyty, których na trasie jest 38, wieńczą górki o nachyleniach rodem z alpejskich pocztówek. Dlatego też ta okolica jest często odwiedzana przez paralotniarzy, którzy mogą się dobrze rozpędzić zanim przytrą poślady.
Jako że podczas wolnych dni przychodzą mi do głowy dziwne pomysły, powstało we mnie pragnienie, żeby zaraz po Nowym Roku wyczerpać roczny limit „chyba Cię rozum opuścił” – postanowiłem sprawdzić jak to jest przejść Drabinę na raz, ale w tempie Lasami.pl czyli na luzie. A że lansuję się jako boid*pa 😉 nadałem ogłoszenie o poszukiwaniu ochotników do towarzystwa.
Kiedy już wszyscy zainteresowani (wszyscy jeden...) wycofali się w ostatnim momencie, weszła wtedy, cała na biało (o białym jeszcze będzie dalej), chcąca zostać anonimową, OSOBA Z „KAMIEŃCZYKA”. (nazwijmy ją w skrócie „OzK”, co czytane od tyłu daje Kasia z Orientacji).
OzK miała w planach iść tylko w dzień i wrócić na noc do domu, jak człowiek, ale niezbadane są szlaki górskie...
Wypadało się dostosować do możliwości OzK, zatem plan przemarszu był dopasowany do rozkładu PolRegio KAMIEŃCZYK, czyli
Start: Stacja Wałbrzych Miasto przed 11:00
Limit czasu: przecież 80 km to się robi w 20 godzin 🤪🤪🤪
Zatem 2. stycznia, o 11:00 zaczęło nam iść z górki. Tak prosto na pohybel...
Już na starcie zaczęły się problemy. Wpierw – przerwa na ostatni posiłek i napitek z 🐞 w ekskluzywnym, klimatyzowanym naturalnym wiatrem, przedsionku tego przybytku, natychmiast zakończony kofeiną z 🐸. To zjadło dobry kawałek czasu i dało wymówkę, żeby się nie spieszyć. A nie było po co, bo góry strome i było dość ciepło –5 C. Tylko kiedy zawiało odczuwalna podobno spadała do –12 C.
Do bladego świtu jedynymi osobami spotkanymi na szlaku były… Marek Rutek, zwany też Dziką Kuną, biegacz ultra, który od rana biegł Drabiną w przeciwną stronę, promując akcję charytatywną dla Kajtek - Losy Małego Motyla/ our life with EB. Co za niesamowite spotkanie! W tym samym momencie dobiegał do niego Piotr, który zrobił nam wspólną fotkę.
Było to już po zachodzie, znaczy słońca. Bo wszedł księżyc, który przez jakiś dziwny zbieg okoliczności był właśnie w pełni i pozwolił oszczędzić na bateriach. Pozwolił, dzięki TEMU PRZEKLĘTEMU BIAŁEMU DZIADOSTWU leżącemu wszędzie na ziemi, które ładnie odbijało światło księżyca I IRYTUJĄCO SPOWALNIAŁO całe to łażenie po nieprzetartych szlakach...
Zatem, do schroniska PTTK „Andrzejówka” dotarliśmy z ~3h opóźnieniem, po zamknięciu jadłodajni a jakimś dziwnym przypadkiem, autobus, który wraca do Wałbrzycha, odjechał kilka godzin wcześniej, niwecząc plany OzK na powrót do domu.
Bijąc pokłony dla właściciela Schronisko PTTK Andrzejówka 💚 za gorący kaloryfer w przedsionku oraz otwarte WC z pitną wodą (nie pytaj…) - rozpoczęliśmy długotrwały proces gotowania wody na kawę i herbatę na gazie, w międzyczasie susząc co się dało. Trochę czasu te cyrki zajęły, więc następnego dnia 😉, czyli po północy, zaczęliśmy nierówną walkę z wejściem na najwyższy szczyt na trasie – Waligórę (kto zna to podejście, ten rozumie…).
Ze szczytu poszło jak z płatka – brnięcie w śniegu, na mocnym wietrze, ból kolan po schodzeniu do Sokołowska, gdzie (szok!) jedyny sklep był w środku nocy zamknięty. Stamtąd już miało być łatwo, bo podejście na Stożek Wielki to przecież nudy (znawcy wiedzą, że to ‘wielki’ odnosi się do ilości potu wydalonego na podejściu). Więc te nudy urozmaiciła nam pogoda pod postacią zamieci śnieżnej walącej prosto w oczy i podłego, lodowatego, wiatru, który nawiał na szlaku śniegu po kolana. Na szczęście wszyscy uczestnicy tej imprezy są staromodni, więc kobiety puścili przodem na podejściu 😁
Na szczycie czekał na nas kultowy schron turystyczny, w którym OzK chciała zrealizować plan B - przespać tam noc kiedy ja miałem kontynuować trasę. Jednak -12C i te plany jej pokrzyżowały. Po spożyciu wrzątku z gazu oraz walce z poczuciem beznadziejności ruszyliśmy dalej szlakiem. (Ponownie, ci co znają to zejście ze stożka, kiwają głową ze współczuciem…) Zresztą, jakim szlakiem. W tej zamieci nie było szlaku.
Po zejściu do Unisławia uniosła mnie wielka radość – oto w tym momencie nadchodzącej jutrzenki OzK postanowiła popełnić seppuku za pomocą swoich kijków. I kiedy już cieszyłem się na myśl, że w końcu będę mógł iść w ciszy i spokoju, to OzK wyjęła z kieszeni koncentrat kofeiny i wtedy się zaczęło. Nawet się nie zorientowałem jak znaleźliśmy się na Dzikowcu, przegapiając w międzyczasie wschód słońca. Ze szczytu tego widać było pięknie demotywującą panoramę Boguszowa-Gorc, gdzie ma przystanek co? Tak! KAMIEŃCZYK! Powrotny, relacja Szklarska - Poznań!
Po dotarciu do centrum tej metropolii i osadzeniu się w ciepłej, jakże demotywującej do dalszej drogi, kawiarni Choco&Latte Bistro-Café nastąpiły negocjacje. W opinii OzK wygrał je KAMIEŃCZYK, który też źle działał na moje poczucie sensu tego chodzenia. Ponieważ godzina przyjazdu tego metalowego rydwanu była lekko odległa, postanowiliśmy szybcikiem podejść jeszcze kawałek trasy na szczyt Chełmca, dobijając do 55km przebytych i 3,2km podejść, co naciąganie brzmiało jak trudniejsze ¾ trasy 😉
Jeżeli jesteś tak szalony/a, że czytasz to dalej to pewnie zastanawiasz się gdzie jest ten wielki sukces wspomniany na początku. Otóż nastał on na szczycie Chełmca, gdzie usłyszałem „przecież możesz iść dalej sam”. Słowa te ubodły moją dumę, gdyż reszta trasy to był jakiś spacerek dla przedszkolaków i zdążyłbym na rano wrócić do ciepłego łóżeczka. Jednak pozostałby po takiej decyzji niesmak, jaki czuje marines pijący słodką wodę, która zabrała jego towarzyszy.
Sukcesem było odpuścić, żeby mieć motywację powtórzyć ten 💩 pomysł bez zostawiania swoich towarzyszy na pożarcie KAMIEŃCZYKOWI!
PO MOIM TRUPIE WRÓCĘ NA TĘ TRASĘ!!!!
(Mam pomysł zrobić z tego coroczną tradycję - To może jest jakiś ochotnik na 2 stycznia 2027 😉?)
Łukasz Derkacz (c) 2026

